Są gry, które po premierze szybko znikają pod kolejnymi nowościami. The Sinking City poszło inną drogą. Pierwsza wersja pojawiła się w 2019 roku, potem przez lata wokół tytułu działo się sporo, a dziś seria znowu jest bardzo aktualna.
Powód jest prosty. W maju 2025 roku Frogwares wypuściło The Sinking City Remastered, przebudowane na Unreal Engine 5. A 18 sierpnia 2026 roku zadebiutowało The Sinking City 2. Nagle historia prywatnego detektywa Charlesa Reeda przestała być tylko ciekawostką z poprzedniej generacji.
I tu robi się interesująco.
Pierwsze The Sinking City nadal ma kilka topornych elementów. Walka nigdy nie była jego największym atutem. Animacje postaci nawet po odświeżeniu potrafią wyglądać trochę sztywno. Niektóre ulice Oakmont wydają się dziwnie znajome po kilku godzinach.
A mimo to gra ma coś, czego nie da się łatwo podrobić.
Atmosferę miejsca, do którego człowiek raczej nie pojechałby na weekend, ale w grze chce sprawdzić każdą boczną ulicę.
O czym jest The Sinking City?
Akcja rozgrywa się w latach 20. XX wieku w fikcyjnym amerykańskim mieście Oakmont w Massachusetts. Miasto zostało częściowo zalane, a jego mieszkańcy zmagają się z wydarzeniami, których nie da się wyjaśnić zdrowym rozsądkiem.
Do Oakmont przybywa Charles Reed, prywatny detektyw i weteran wojenny. Bohater cierpi z powodu dziwnych wizji i szuka odpowiedzi na pytanie, skąd się biorą.
Nie trafia jednak do zwykłego miasta z kilkoma podejrzanymi mieszkańcami.
Oakmont jest odcięte od reszty świata. Woda przecięła ulice. Część dzielnic można pokonać tylko łodzią. Ludzie zachowują się dziwnie, lokalne rody mają swoje sekrety, a pod powierzchnią codziennych problemów czai się coś znacznie gorszego.
Inspiracja twórczością H.P. Lovecrafta jest oczywista, ale Frogwares nie próbowało po prostu przenieść jednej konkretnej książki do gry.
Zamiast tego studio stworzyło własną historię, korzystając z charakterystycznych motywów: niewytłumaczalnych istot, szaleństwa, pradawnych sił i ludzi, którzy zbyt późno orientują się, że pewnych rzeczy lepiej było nie odkrywać.
Oakmont jest prawdziwym bohaterem tej gry
Charles Reed jest ważny, jasne. Ale po kilku godzinach można dojść do wniosku, że główną postacią The Sinking City jest samo miasto.
Oakmont wygląda tak, jakby ktoś połączył stare portowe miasteczko, amerykańską architekturę początku XX wieku i koszmar, który pojawia się po gorączce.
Ulice są mokre. Woda stoi między budynkami. Czasami łódź jest szybszym środkiem transportu niż własne nogi. Niektóre domy wyglądają normalnie tylko do momentu, kiedy człowiek wejdzie do środka.
Nie ma tutaj pięknego turystycznego centrum.
Są za to:
- zalane skrzyżowania i kanały prowadzące między dzielnicami,
- stare kamienice z pokojami pełnymi pozostawionych przedmiotów,
- portowe magazyny i industrialne zaułki,
- rezydencje bogatszych mieszkańców Oakmont,
- opuszczone miejsca opanowane przez potwory,
- podwodne obszary dostępne w skafandrze,
- ulice, na których zwyczajna mgła potrafi wyglądać podejrzanie.
Miasto nie jest szczególnie przyjazne. I dokładnie o to chodzi.
Najlepszy pomysł The Sinking City? Gra nie prowadzi za rękę
W wielu współczesnych grach śledztwo wygląda mniej więcej tak: aktywujemy tryb detektywa, wszystkie ważne przedmioty zaczynają świecić, a później podążamy za żółtym śladem do następnego celu.
The Sinking City podchodzi do sprawy inaczej.
Gra potrafi powiedzieć, że dana osoba mieszka w określonej dzielnicy, przy konkretnej ulicy, między dwiema innymi ulicami.
I tyle.
Trzeba otworzyć mapę i samemu znaleźć odpowiednie miejsce.
Początkowo może to irytować. Człowiek jest przyzwyczajony, że wielki znacznik praktycznie zaparkuje mu nad wejściem do budynku.
Po kilku sprawach zaczyna jednak działać coś ciekawego. Zamiast wykonywać polecenia interfejsu, naprawdę szukamy miejsca.
Mała różnica? Niekoniecznie.
Nagle mapa nie jest listą ikon. Staje się narzędziem.
Śledztwa są ważniejsze niż strzelanie
Frogwares od lat robi gry detektywistyczne, szczególnie serię Sherlock Holmes. To doświadczenie w The Sinking City widać bardzo mocno.
Charles zbiera dokumenty, ogląda miejsca zbrodni, przesłuchuje mieszkańców i korzysta z różnych archiwów. Czasem informacja znaleziona w jednym miejscu nie daje gotowej odpowiedzi, tylko wskazuje, gdzie szukać dalej.
Przykład?
Mamy nazwisko osoby oraz informację dotyczącą jej pracy. Zamiast czekać na automatyczny znacznik, możemy sprawdzić odpowiednie dokumenty w instytucji miejskiej i zawęzić poszukiwania.
Innym razem ważna będzie gazeta, policyjne akta albo dokumentacja szpitalna.
To drobiazgi, ale dobrze budują rolę detektywa.
Jak wygląda typowe śledztwo?
| Etap | Co robimy | Dlaczego ma znaczenie |
|---|---|---|
| Rozmowa | Zbieramy informacje od klienta, świadka lub podejrzanego | Dostajemy pierwsze tropy i adresy |
| Eksploracja | Szukamy miejsca na mapie i badamy otoczenie | Gra rzadko wskazuje wszystko automatycznie |
| Dowody | Oglądamy przedmioty, dokumenty i ślady | Pojawiają się nowe możliwości prowadzenia sprawy |
| Archiwa | Sprawdzamy dane w odpowiedniej instytucji | Możemy ustalić adres, nazwisko lub powiązanie |
| Rekonstrukcja | Porządkujemy kolejność wydarzeń | Pozwala zrozumieć, co faktycznie się wydarzyło |
| Dedukcja | Łączymy informacje i wyciągamy wnioski | Niektóre sprawy prowadzą do moralnego wyboru |
Nie każda zagadka jest wybitna. Czasami rozwiązanie staje się oczywiste wcześniej, niż gra zakłada. Ale ogólny system działa, bo wymaga od gracza trochę więcej uwagi niż zwykłego klikania kolejnych punktów.
Mind’s Eye, czyli kiedy normalne dowody przestają wystarczać
Charles ma też zdolności związane z jego stanem psychicznym i tajemniczymi wizjami.
Jedną z charakterystycznych mechanik jest Mind’s Eye. Pozwala dostrzegać rzeczy niewidoczne na pierwszy rzut oka, odsłaniać ukryte symbole albo lepiej rozumieć nadnaturalne elementy miejsca.
Gra korzysta też z rekonstrukcji scen.
Po znalezieniu odpowiednich dowodów można zobaczyć fragmenty przeszłych wydarzeń, a potem ustalić ich właściwą kolejność.
Nie jest to realistyczne śledztwo policyjne. W końcu mówimy o grze inspirowanej Lovecraftem.
Ale mechanicznie pasuje do świata bardzo dobrze.
Zdrowie psychiczne nie jest tutaj tylko elementem fabuły
The Sinking City regularnie bawi się percepcją bohatera.
Spotkanie z potworem, makabryczny widok czy kontakt z czymś nadnaturalnym może wpływać na stan psychiczny Charlesa. Gdy sytuacja robi się naprawdę źle, ekran i otoczenie zaczynają zachowywać się coraz mniej normalnie.
Wizualne zakłócenia i halucynacje nie zawsze oznaczają realne zagrożenie.
I to działa właśnie dlatego, że czasem trudno od razu ocenić, co jest prawdziwe.
Gra nie robi z tego bardzo rozbudowanego symulatora psychiki. Mechanika jest raczej narzędziem budującym napięcie.
Ale dobrze współpracuje z resztą świata.
A co z walką? Tu zaczynają się schody
Jeśli ktoś kupuje The Sinking City z myślą o świetnym third-person shooterze, może się rozczarować.
Walka istnieje i potrafi być intensywna. Charles korzysta z broni typowej dla epoki i mierzy się z różnymi stworzeniami. Amunicja ma znaczenie, szczególnie gdy zapasy zaczynają się kończyć.
Ale strzelanie nigdy nie było najbardziej elegancką częścią pierwszej gry.
Ruch przeciwników potrafi być chaotyczny. Trafienia nie zawsze dają satysfakcję znaną z najlepszych gier akcji. Starcia czasem wyglądają jak przeszkoda między dwiema ciekawszymi częściami śledztwa.
Remaster poprawił sterowanie, balans i elementy systemu walki, ale nie zmienił DNA produkcji.
To nadal przede wszystkim detektywistyczna przygoda z elementami akcji, a nie odwrotnie.
Remaster z 2025 roku mocno ułatwia pierwszy kontakt
Jeśli ktoś zaczyna The Sinking City w 2026 roku, wersja Remastered jest naturalnym punktem startowym.
Frogwares przeniosło grę na Unreal Engine 5. Świat został ponownie oświetlony, tekstury podbito do wyższej jakości, dodano więcej detali środowiska, poprawiono odbicia i wprowadzono Photo Mode.
Na PC pojawiło się również wsparcie dla współczesnych technik skalowania obrazu oraz generowania klatek.
Najważniejsze zmiany można sprowadzić do kilku punktów:
- nowe oświetlenie oparte na rozwiązaniach Unreal Engine 5,
- tekstury 4K i dodatkowe szczegóły lokacji,
- ulepszone odbicia oraz efekty graficzne,
- Photo Mode,
- poprawki sterowania i walki,
- zmiany balansu oraz samouczków,
- lepiej wypełnione tłumem fragmenty miasta.
To nadal ta sama historia i ten sam układ świata. Remaster nie robi z gry zupełnie nowej produkcji.
I dobrze.
Oakmont potrzebowało odświeżenia, a nie wyburzenia.
Oryginał czy Remastered – co ma większy sens?
| Element | Wersja z 2019 roku | The Sinking City Remastered |
|---|---|---|
| Silnik | Unreal Engine 4 | Unreal Engine 5 |
| Oświetlenie | Starszy system | Całościowo odświeżone |
| Tekstury | Oryginalna jakość | Tekstury 4K i więcej detali |
| Fotografia | Brak rozbudowanego Photo Mode | Dostępny Photo Mode |
| Sterowanie | Starsze rozwiązania | Dodatkowe poprawki |
| Dla nowego gracza | Ciekawostka i oryginalne doświadczenie | Najbardziej naturalny punkt wejścia |
Na PC sytuacja jest dodatkowo ciekawa, ponieważ posiadacze obecnej wersji mogą mieć dostęp zarówno do remastera, jak i oryginalnej edycji z 2019 roku.
Dzięki temu można samemu zobaczyć różnicę zamiast oglądać porównania.
Polska wersja językowa to duży plus
W przypadku gry detektywistycznej język ma większe znaczenie niż w typowej strzelance.
Tu czytamy dokumenty, analizujemy zeznania, szukamy nazwisk, adresów i informacji ukrytych w opisach dowodów.
The Sinking City Remastered na PC oferuje polski interfejs oraz polskie napisy.
Nie ma polskiego dubbingu, ale nie jest to wielki problem. Ważniejsze, że wszystkie informacje potrzebne podczas śledztw można czytać po polsku.
Szczególnie że czasem jedno zdanie w dokumencie jest właśnie tym elementem, który prowadzi do następnego miejsca.
Gra nie daje klasycznej listy dobrych i złych odpowiedzi
Jedna z ciekawszych rzeczy w The Sinking City pojawia się wtedy, gdy śledztwo jest już prawie skończone.
Zebranie wszystkich dowodów nie zawsze oznacza, że gra poda jedną poprawną odpowiedź.
Czasem to gracz musi zdecydować, komu wierzy i co zrobi z odkrytą prawdą.
Niektóre decyzje są niewygodne.
I właśnie takie powinny być.
Jeśli wybór wygląda jak:
„uratować niewinną osobę” albo „bez powodu zrobić coś potwornego”, to nie jest wielki dylemat.
The Sinking City częściej próbuje skonfrontować dwie racje, z których żadna nie wygląda szczególnie czysto.
Pasuje to do świata, w którym praktycznie każdy coś ukrywa.
Czy otwarty świat się nie starzeje?
Trochę tak.
Oakmont ma świetną atmosferę, ale jego konstrukcja zdradza ograniczenia produkcji.
Po pewnym czasie można zauważyć powtarzające się fragmenty wnętrz. Nie wszystkie ulice oferują coś ciekawego. Czasami podróż do kolejnego punktu trwa dłużej, niż powinna.
Można powiedzieć, że to otwarty świat zbudowany przede wszystkim jako przestrzeń dla śledztw, a nie gigantyczny plac zabaw.
Nie ma tutaj stu rodzajów aktywności pobocznych.
Nie zbieramy pięciuset kolorowych znajdziek tylko dlatego, że mapa musi być czymś wypełniona.
I paradoksalnie w 2026 roku może to być zaleta.
Po ogromnych grach, które potrafią zamienić mapę w choinkę ikon, Oakmont wydaje się niemal oszczędne.
Łódź naprawdę jest częścią codziennego życia
Zalane miasto oznacza, że część ulic po prostu przestała funkcjonować.
Dlatego Charles regularnie korzysta z małych łodzi.
Nie jest to rozbudowany symulator żeglugi. Wsiadamy, przepływamy kanałem i wysiadamy.
Ale ten prosty element świetnie wzmacnia charakter miasta.
Gdy na mapie widzimy cel po drugiej stronie dzielnicy, nie zawsze możemy pójść najkrótszą drogą. Czasami trzeba dotrzeć do kanału, znaleźć łódź i ominąć zalane kwartały.
Oakmont przez to rzeczywiście wygląda jak miejsce uszkodzone przez katastrofę, a nie mapa, na której twórcy przypadkiem narysowali trochę wody.
Podwodne fragmenty są dziwne w najlepszym tego słowa znaczeniu
Od czasu do czasu Charles zakłada ciężki skafander i schodzi pod wodę.
Tempo zwalnia.
Widoczność spada.
Ruch staje się ociężały.
I nagle zwykła eksploracja zamienia się w bardzo niekomfortowy spacer.
Nie ma potrzeby zasypywać gracza dziesiątkami potworów. Sama świadomość, że coś może znajdować się poza zasięgiem wzroku, wystarcza.
W horrorze często działa prosta zasada: to, czego nie widzimy, bywa gorsze od tego, co twórcy pokazują w pełnym świetle.
The Sinking City dobrze o tym pamięta.
The Sinking City 2 zmieniło sytuację całej marki
Jeszcze niedawno pierwsza część mogła sprawiać wrażenie samotnego eksperymentu Frogwares.
W 2026 roku już tak nie jest.
The Sinking City 2 zadebiutowało 18 sierpnia 2026 roku i przeniosło serię do Arkham. Co ważne, kontynuacja znacznie mocniej stawia na survival horror.
To istotna zmiana.
Pierwsze The Sinking City było przede wszystkim grą detektywistyczną z eksploracją, strzelaniem oraz horrorem. Druga część przesuwa ciężar w stronę napięcia, oszczędniejszego gospodarowania zasobami i bardziej bezpośredniego zagrożenia.
Nie oznacza to, że śledztwo całkowicie zniknęło z DNA serii. Ale proporcje są inne.
Czy trzeba przejść pierwszą część przed The Sinking City 2?
Jeżeli interesuje nas marka jako całość, warto.
Nie tylko ze względu na fabułę.
Pierwsza część pokazuje, skąd w ogóle wzięła się tożsamość serii. Poznajemy sposób, w jaki Frogwares interpretuje lovecraftowski horror, projektuje zalane miasta i miesza śledztwo z nadnaturalnymi wydarzeniami.
Przejście Remastered przed drugą częścią pozwala też znacznie lepiej poczuć zmianę kierunku.
Nie jest to sytuacja w rodzaju „bez pierwszej gry niczego nie zrozumiesz”.
Raczej: znając pierwszą, zauważysz więcej.
Czym pierwsza i druga część różnią się najbardziej?
| Cecha | The Sinking City | The Sinking City 2 |
|---|---|---|
| Główne miejsce | Oakmont | Arkham |
| Okres | Lata 20. XX wieku | Lata 20. XX wieku |
| Najważniejszy kierunek | Śledztwo i eksploracja | Survival horror |
| Perspektywa | Trzecia osoba | Trzecia osoba |
| Klimat | Detektywistyczny horror lovecraftowski | Bardziej bezpośredni horror i walka o przetrwanie |
| Polski język na PC | Interfejs i napisy | Interfejs i napisy |
Jak najlepiej zacząć przygodę w 2026 roku?
Najprostsza droga wygląda tak:
- zacząć od The Sinking City Remastered,
- grać przede wszystkim dla historii i śledztw, nie dla samej walki,
- nie spieszyć się z głównymi zadaniami,
- czytać dokumenty zamiast przeklikiwać tekst,
- korzystać z mapy i wskazówek adresowych samodzielnie,
- robić część spraw pobocznych, bo często dobrze rozbudowują Oakmont,
- po ukończeniu gry przejść do The Sinking City 2 i sprawdzić, jak zmieniła się seria.
To nie jest marka, którą trzeba przechodzić na czas.
Wręcz przeciwnie. Pośpiech odbiera jej sporo uroku.
Nie szukaj tutaj klasycznego Lovecrafta jeden do jednego
Warto też wyjaśnić jedną rzecz.
The Sinking City jest inspirowane twórczością Lovecrafta, ale nie należy traktować gry jak cyfrowej ekranizacji jednej konkretnej historii.
Frogwares miesza znane motywy z własnymi postaciami, konfliktami i mechanikami.
Dzięki temu twórcy mają trochę więcej swobody.
Nie muszą odtwarzać książki scena po scenie. Mogą stworzyć detektywa, otwarte miasto oraz system wyborów i dopiero na tym fundamencie budować horror.
To sensowniejsze rozwiązanie niż próba przeniesienia literatury sprzed około stu lat w identycznej formie do gry akcji.
Czy The Sinking City jest naprawdę straszne?
Zależy, czego oczekujemy od horroru.
Jeśli strach oznacza serię jumpscare’ów, które co pięć minut próbują wyrwać gracza z fotela, pierwsza część może wydawać się spokojna.
Jeżeli natomiast niepokój budują opuszczone budynki, dziwne odgłosy, groteskowe stworzenia i poczucie, że miasto wie o nas więcej, niż powinno – robi się znacznie ciekawiej.
Najlepsze momenty gry nie polegają na tym, że coś nagle wyskakuje zza drzwi.
Najlepsze są chwile, kiedy wchodzimy do pozornie zwykłego mieszkania i po dwóch pokojach zaczynamy się zastanawiać, co właściwie wydarzyło się z ludźmi, którzy tam mieszkali.
Komu The Sinking City może się spodobać?
- fanom historii inspirowanych Lovecraftem,
- osobom lubiącym gry detektywistyczne,
- graczom, którzy wolą samodzielnie analizować wskazówki,
- fanom mrocznych, nietypowych miast,
- osobom zainteresowanym horrorem bez ciągłych jumpscare’ów,
- graczom, którym nie przeszkadza wolniejsze tempo,
- fanom produkcji Frogwares i serii Sherlock Holmes.
A komu może nie podejść?
Jeżeli najważniejsza jest dla nas perfekcyjna mechanika strzelania, są lepsze gry.
Jeśli otwarty świat musi być pełen dynamicznych wydarzeń co kilkadziesiąt metrów, Oakmont może wydawać się puste.
I jeśli nie lubimy czytać dokumentów, analizować adresów i samodzielnie szukać wskazówek, część śledztw może zwyczajnie męczyć.
The Sinking City nie ukrywa tego, czym jest.
To gra dla osoby, która widząc tajemniczy list w opuszczonym pokoju, chce go przeczytać.
Nie dla tej, która od razu pyta, ile doświadczenia dostanie za jego podniesienie.
Czy The Sinking City nadal warto kupić w 2026 roku?
Tak, szczególnie w wersji Remastered.
Odświeżenie z 2025 roku rozwiązało jeden z największych problemów powrotu do gry: techniczny wiek oryginału jest mniej widoczny.
Nie wszystkie słabsze elementy zniknęły. To nie remake zbudowany całkowicie od zera. Konstrukcja zadań, układ miasta i podstawowe założenia nadal pochodzą z produkcji z 2019 roku.
Ale mocniejsze strony również zostały.
Śledztwa.
Oakmont.
Niepokój.
Wybory.
Lovecraftowski klimat bez kopiowania jednej historii.
A teraz dochodzi jeszcze jeden argument: po ukończeniu gry nie trzeba żegnać się z serią. The Sinking City 2 już jest dostępne.
FAQ
Kiedy wyszło pierwsze The Sinking City?
Oryginalne The Sinking City zadebiutowało w 2019 roku. Gra została stworzona przez ukraińskie studio Frogwares i przedstawia historię prywatnego detektywa Charlesa Reeda w zalanym mieście Oakmont.
Czym jest The Sinking City Remastered?
To odświeżona wersja pierwszej gry, wydana w maju 2025 roku. Została przeniesiona na Unreal Engine 5 i otrzymała między innymi nowe oświetlenie, tekstury 4K, dodatkowe detale, Photo Mode oraz poprawki sterowania i walki.
Czy The Sinking City ma polską wersję?
Tak. The Sinking City Remastered na PC oferuje polski interfejs i polskie napisy. Pełny polski dubbing nie jest dostępny.
Czy The Sinking City jest horrorem?
Tak, ale mocno łączy horror z grą detektywistyczną i eksploracją. Pierwsza część koncentruje się bardziej na śledztwach i atmosferze niż na ciągłym straszeniu gracza.
Czy trzeba znać twórczość H.P. Lovecrafta?
Nie. Znajomość książek może pozwolić wychwycić dodatkowe inspiracje i motywy, ale gra przedstawia własną historię i tłumaczy wszystko, czego potrzebuje gracz.
Kiedy wyszło The Sinking City 2?
The Sinking City 2 zostało wydane 18 sierpnia 2026 roku. Kontynuacja przenosi akcję do Arkham i znacznie mocniej koncentruje się na survival horrorze.
Od której części najlepiej zacząć?
W 2026 roku najbardziej logicznym początkiem jest The Sinking City Remastered. To odświeżona wersja pierwszej historii i dobry sposób na poznanie stylu serii przed przejściem do The Sinking City 2.
The Sinking City przetrwało, bo robi kilka rzeczy po swojemu
Najłatwiej opisać tę grę jako lovecraftowską przygodę detektywistyczną.
Tylko że taki opis nie oddaje całego uroku.
The Sinking City jest grą, w której ciekawsze od znalezienia nowego pistoletu może być ustalenie adresu człowieka na podstawie starego dokumentu.
W której dotarcie do celu czasem wymaga spojrzenia na nazwy ulic zamiast śledzenia znacznika.
W której zalane miasto nie jest tylko efektownym tłem, bo faktycznie zmusza do przemieszczania się łodzią.
I w której największym zagrożeniem nie zawsze jest potwór stojący po drugiej stronie korytarza.
Czasami gorsze jest to, czego właśnie dowiedzieliśmy się podczas śledztwa.
Nie wszystko się udało.
Walka potrafiła być niezgrabna już w 2019 roku. Otwarty świat bywa nierówny. Niektóre wnętrza zaczynają się powtarzać. Animacje nie zawsze nadążają za klimatem opowieści.
Ale są gry znacznie bardziej dopracowane technicznie, o których po roku niewiele pamiętamy.
Oakmont trudno zapomnieć.
To miasto jest brudne, wilgotne, nieprzyjazne i pełne ludzi, którzy zdecydowanie nie mówią całej prawdy.
Jednocześnie chce się sprawdzić, co znajduje się za kolejnym rogiem.
Remaster z 2025 roku sprawił, że wejście do tej historii jest dziś łatwiejsze. A premiera The Sinking City 2 w sierpniu 2026 roku pokazała, że Frogwares nie traktuje marki jak zamkniętego rozdziału.
Dlatego właśnie teraz jest dobry moment na pierwszą część.
Nie dlatego, że nagle stała się idealna.
Nie stała się.
Ale jej najlepsze pomysły nadal są rzadko spotykane.
Włączamy grę.
Przyjeżdżamy do Oakmont.
Otwieramy mapę.
Dostajemy pierwszy trop.
I zamiast strzałki pokazującej dokładnie, dokąd iść, mamy adres, kilka nazw ulic i własną głowę.
Po chwili zaczynamy szukać.
A później okazuje się, że właśnie to było najciekawsze.


Dodaj komentarz